I znowu upalny weekend. No nie lubię gorąca! Lubię lekki chłód, niebo może być nieco zachmurzone, wiatr tańczący koło twarzy, prowokujący do rozmyślań o tym, skąd przyleciał i dokąd pójdzie. Co ze sobą przynosi i co mojego zabierze w świat... Wiatr niesie tyle zapachów, tyle dotyków, tyle myśli...
Upalny posiłek. Szklana, przezroczysta miska. W niej malutkie pomidorki koktajlowe. Mozarella w malutkich kuleczkach. Listki świeżej bazylii, opłukane, osuszone i porwane palcami na drobniejsze strzępki... mmm... ten zapach... Oliwa z oliwek i sól, morska, świeżo zmielona. Nic więcej. Uczta dla wzroku, węchu i smaku.
Upalny deser. Dwie szklane, przezroczyste miseczki. W jednej dorodne, ciemnoczerwone czereśnie, wyjęte z lodówki, chłodne, z kroplami wody na lśniącej skórce. W drugiej winogrona, mix czerwonych i zielonych. Nic więcej.
Upalny napój. Szklany przezroczysty kieliszek, w nim przezroczystozłotawe schłodzone frascati. Nic więcej.
Zaczyna się upalna noc...
Wrocław
6 dni temu