Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historie Anny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historie Anny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lutego 2010

Afryka

A tak walentynkowo... :-). Skrawek tropikalnego raju w zaśnieżonej warszawskiej rzeczywistości... :-)

Wszedłszy z jasnego światła do ciemnego korytarza, stracił na chwilę wzrok. Zgiełk i smród spalin zostały za drzwiami, aż wydało mu się, jakby raptem odcięto go od wszystkich zmysłów. Stał, próbując odnaleźć dla nich jakiś punkt zaczepienia. Na dole, przy kostce nogi, coś otarło się o niego. Przelotny, ciepły dotyk, tak niespodziewany, że drgnął z przestrachu. W uszach poczuł tętnienie, wzdłuż kręgosłupa zimny dreszcz. Tętnienie nie ustawało. Rytmiczne, głuche, a jednak nośne. Przez tę krótką sekundę, którą to wszystko trwało, zdał sobie sprawę, że to nie jego zaskoczone serce tak bije. Słaba poświata wskazywała mu uchylone drzwi, zza których dobiegała muzyka. Muzyka? Raczej rytm. Poszedł za nim, nie wahając się już.

W pokoju nie było wiele jaśniej. Pierwszym, co uderzyło go po tym, jak pchnął ciężkie drzwi, było gorąco. Jakby w pomieszczeniu grzał ogień, którego jednak nigdzie nie było widać, jeśli nie liczyć grubej, miodowej świecy. Czy to ona wydzielała ten dziwny zapach? Odurzający, duszny, ale w jakiś sposób świeży. Jak wiatr znad pustyni. Zamknął za sobą drzwi. Gorąco jakby się spotęgowało, na skroniach pojawiły się kropelki potu.

Wyszła z półmroku w kącie pokoju. Podeszła do niego i podała mu trzymaną w ręku szklankę, przyjemnie chłodną. Zanurzył w niej usta. Woda. Pił małymi łykami, smakując orzeźwienie. Po chwili poczuł posmak – korzenny, aromatyczny, jakby cynamonu... I zapach. Kawy. Palonego drzewa. Mokrych gnijących liści. Suchej trawy. Coraz gęstszy i intensywniejszy, w miarę jak zbliżała się do niego. Odebrała mu szklankę i zaczęła rozbierać.

Stali tak blisko siebie, że zapachy ich nagich ciał mieszały się ze sobą. Patrzył w jej oczy o rozszerzających się źrenicach i oddychał coraz szybciej. Rytmiczna muzyka tętniła w rytm pulsu. Kierowała krwią, która paląc ciało spływała w dół. Czuł, jak pręży się obudzona męskość, gotowa do skoku. Widział to samo przyczajenie w jej ciele, którego drżenie wyczuwał. Teraz dopiero go dotknęła. Położyła gorące dłonie na jego biodrach, przywarła łonem. Objął ją mocno i chwycił ręką pełną pierś. Całowali się szeroko otwartymi ustami, chciwie, jakby nadal pili aromatyczną, orzeźwiającą wodę.

Osunął się w dół, plecami opierając się o rozłożyste drzewo. Stała nad nim z rozchylonymi nogami. Coraz mocniej czuł jej zapach, gdy przycisnęła się do jego ust. Oparła obie ręce o pień, pomagając sobie i jemu w pulsującym rytmie. Głośny oddech przeszedł w jęk. Objęła drzewo ramionami, jak kochanka, przywarła mocno, budząc tym jego zwierzęcą zazdrość. Chwycił ją za ręce i odciągnął od pnia. Patrzyła przez chwilę nieprzytomnym wzrokiem w dół, potem, zrozumiawszy w lot, zsunęła się na niego, obejmując udami. Teraz jej palce wpijały się nie w korę drzewa, ale w jego ramiona. Dłońmi, ustami i ruchem bioder wydobywał z niej coraz głośniejsze i szybsze dźwięki, które współgrały z tętniącą w obojgu krwią. Spazm. Kołysanie. Wbicie palców w jego ciało, aż do bólu.

Patrzyli na siebie, dysząc głośno. Ona w zmęczeniu, on z coraz większą żądzą. Wysunął się spod jej ciała. Nadal klęczała na miękkim mchu. Uklęknął za nią. Przesunął ręką po karku, odgarniając włosy. Ścisnął mocno, aż warknęła. Znów oparła się dłońmi o pień drzewa, ale on znów chwycił ją za ręce, odciągnął do tyłu, mocno przytrzymując nadgarstki na plecach. Wchodził w nią raz za razem, z zamkniętymi oczami, coraz szybciej, wydając gardłowe, chrapliwe dźwięki, potrząsając głową, jakby odrzucał gęstą grzywę.

Tętniący rytm przyspieszał coraz bardziej, coraz głośniejsze i bardziej dzikie były ich krzyki. Zerwał się wiatr, przynosząc gorącą wilgoć, potęgując zwierzęcy zapach potu i wydzielin. Po niebie przetoczył się warkotem grzmot. Jeden, drugi, coraz bliżej. Coraz bardziej napinało się jego ciało, aż wyprężyło się jak struna do góry, ponad koronę drzewa, do kłębiącego się nad nią nieba. Strzelił piorun, wyzwalając z jego lędźwi konwulsyjne spazmy, a z gardła donośny ryk. Uderzył w nią, krzyczącą, jeszcze ostatni raz. Jeszcze jedna, ostatnia błyskawica i z nieba runął ulewny, niepohamowany deszcz. Opadł na jej plecy. Objął ramionami, jak pień drzewa. Zanurzył twarz i zęby w jej rozrzucone, twarde, pachnące spalonym, mokrym drewnem włosy...

czwartek, 5 listopada 2009

Między deszczami

Deszcz, taki, jakie bywają na jesieni, ni to ciepły, ni zimny, ni rzęsisty, ni nasiąkliwy, zalewał przednią szybę. Anna przejechała przez bramę hotelowego parkingu i znalazła wąskie, ale za to bliskie wejścia miejsce. Wysiadła, kwiknęła alarmem i szybko przebiegła pod ochronny daszek. Hol był pusty, za ladą recepcji młoda dziewczyna zajmowała się wprowadzaniem danych do komputera.
– Dzień dobry. Mam u państwa rezerwację – powiedziała Anna, podając nazwisko i dowód osobisty. Recepcjonistka uśmiechnęła się uprzejmie, postukała w klawiaturę. Spojrzała na dowód, potem na Annę.
– Pani jest zameldowana tu, w okolicy...?
– Tak – odpowiedziała Anna zdawkowo, patrząc przelotnie na dziewczynę, po czym przeniosła wzrok na zegar nad jej głową.
– Tak – powtórzyła recepcjonistka, spuszczając oczy z powrotem na ekran. – Proszę, to pani klucz. Pokój 226, winda jest za rogiem. Życzę miłego pobytu.

Drzwi z numerem 226 otworzyły się na mały przedpokój. Wieszak, lustro, wejście do łazienki (Anna od razu zajrzała – czysta), dalej właściwy pokój, duże okno, szafa i łóżko. Podwójne. Dobrze. Pościel biała i świeża. Rozebrała się z płaszcza i wyjęła z torebki telefon. Wystukała wiadomość: „Jestem. Pokój 226”. Stała chwilę trzymając komórkę w ręku, aż poczuła wibrację. „Będę za 15 minut” – przeczytała na ekraniku.

Weszła do łazienki umyć ręce, potem wróciła do przedpokoju i stanęła przed lustrem. Rozpięła guziki białej koszulowej bluzki, zdjęła ją i powiesiła na wieszaku. Zsunęła z nóg buty, pończochy, chwilę mocowała się z suwakiem czarnej spódnicy i zsunęła ją także. Ściągnęła przez głowę czarny top. Czarna bielizna z koronkowymi wstawkami w kolorze pasującym do lakieru na paznokciach dłoni i stóp. Patrzyła przez chwilę, bez zadowolenia, raczej z niechęcią. Ale nie, teraz nie będzie o tym myśleć. Odwróciła się od lustra, szybko zdjęła bieliznę i z powrotem nałożyła bluzkę. Długa, zakryła nagość. Tak. Tak jest dobrze. Stojąc otulona, poczuła jak w krew wkrada się oczekiwanie, rozpływa po całym ciele. Brzęknięcie windy zatrzymującej się na końcu korytarza. Kroki? Tak. Coraz bliżej. Pukanie... Otworzyła drzwi i zobaczyła uśmiech Piotra.

Wszedł, i zanim zdążyła powiedzieć „cześć”, objął ją i pocałował. Nie po przyjacielsku, powitalnie. Głęboko, zachłannie, tak, jakby nie było między nimi miesięcy nieobecności, milczenia. Opadały jeden po drugim wraz z przyspieszającym tętnem w skroniach. „Zmokłeś” – szepnęła z uśmiechem, kiedy udało jej się oderwać usta. Postawił na podłodze teczkę, z którą przyszedł, zdjął kurtkę, potem buty, wyprostował się i zaczął rozpinać koszulę. Zatrzymała go, kładąc dłonie na jego dłoniach. Opuścił ręce wzdłuż ciała i przyglądał się, jak zręczne palce radzą sobie z guzikami, jak przesuwają się coraz niżej, jak walczą ze sprzączką paska i jak mruczy z aprobatą, odkrywszy ulubiony, zapinany na guziki, fason dżinsów. Wtedy i jego rękom wróciło życie. Spodnie i koszula spadły w sekundę, dłonie z pewnością celu powędrowały pod bluzkę. Objął ją i lekko poprowadził w kierunku lustra, odwrócił, przyciskając się do jej pleców. Między ich ciałami była już tylko bariera białego materiału. Między nimi a lustrem już tylko bariera jej wstydu. Szarpnął niecierpliwie i pierwsza opadła. Druga, poddając się dotykowi chciwych palców, zrazu ostrożnemu, potem, wraz z rosnącym wniebogłosy przyzwoleniem, coraz śmielszemu i głębszemu, rozwierała się coraz bardziej. Szklana tafla topniała, aż znikła, a za nią odsłoniły się terytoria, na których jedyne granice wyznaczało pożądanie.

Szum wody za ścianą powoli przywracał Annę do rzeczywistości uspokajając szalejące jeszcze bicie serca. Ściany hotelowego pokoju zdawały się nadal odbijać echo chrapliwych oddechów i niepohamowanego krzyku. Zmięta, poplamiona pościel otaczała ją zapachem podniecenia, perwersji, jego i jej rozkoszy, potu wilgotniejącego w zagłębieniu, z którego przed chwilą wstał Piotr, by udać się pod prysznic. I ona podniosła się leniwie, sięgnęła po sponiewieraną bluzkę, narzuciła ją na siebie i podeszła do okna. Przestało padać. Jesienny wiatr gonił po niebie szare chmury, przesypywał liście na parkingu. Piotr wyszedł z łazienki i stanął za nią, pachnący mydłem i świeżością. Zanurzył twarz w jej włosach i szyi, wdychając ostry aromat wspólnej fizjologii, który wciąż trwał na jej skórze. Położyła dłoń na ręce obejmującej jej ramię. „Zobacz, słońce wyszło” – powiedziała. Odgarnął jej włosy z karku i pocałował za uchem. „Muszę iść”. Nie odpowiedziała, odwróciła się tylko, tak by mógł zamknąć usta buntowi i rezygnacji.

Oparta o framugę patrzyła, jak ubiera się w kolejności odwrotnej do niedawnych, pospiesznych ruchów. Kurtka, do której przytulił ją teraz, całując na pożegnanie, była już sucha, ale w jego oczach malował się ten sam uśmiech, z którym przyszedł do niej setki sekund temu. Odwzajemniła go cichym, radosnym śmiechem, oba miały ją ogrzewać przez nadchodzące długie i samotne tygodnie.

Gdy zatrzasnęły się drzwi, poszła od razu do łazienki. Stojąc pod strumieniem ciepłej wody, spłukiwała z siebie lepką warstwę spełnienia. Zmywała ją delikatnie, by zbyt mocnym dotykiem nie dotrzeć do tego, co kryło się pod skórą, by nie odsłonić przyczajonego w ukryciu stworzenia, bezbronnego i mimo tylu ran czującego tak samo, jak setki dni temu. Wiedziała, że gdyby pozwoliła mu przemówić, nie byłoby dzisiejszego dnia...

Owinięta w ręcznik wyszła do przedpokoju i przez dłuższą chwilę patrzyła w lustro. W końcu przeciągnęła się z zadowoleniem i dokończyła garderoby. Potem jeszcze doprowadziła do względnego porządku pokój, zebrała rzeczy i zatrzasnęła za sobą drzwi. Zjechała do recepcji, wrzuciła klucz do dziury w blacie i wyszła. Na dworze znów padał deszcz.

poniedziałek, 18 maja 2009

Kawa

Anna weszła do małej kawiarenki w centrum handlowym, gdzie miała spotkać się z Piotrem. Do umówionej godziny było jeszcze trochę czasu – przyszła wcześniej, chcąc przedtem załatwić sprawunki w jednym z tutejszych sklepów. Usiadła więc w wiklinowym fotelu, położyła na kolanach elegancką papierową torebkę z firmowym nadrukiem i zaczęła oglądać znajdujące się w niej dobra. Trochę tego było. Śliczne pudełeczka, kolorowa, pachnąca zawartość. Sieć sklepów kosmetycznych, w której miała kartę stałej klientki, właśnie przyznała jej rabat na jednorazowe zakupy. No tak – uległa idiotycznym chwytom marketingowym i kupiła za jak największą kwotę, w złudnym wyobrażeniu, że wtedy najwięcej oszczędzi. Kwotę... nie, jeszcze daleką od średniej pensji krajowej. Ale bardzo zbliżoną do minimum socjalnego.
Rozejrzała się. O tej porze centrum było stosunkowo puste – oczywiście w porównaniu z gwarem i tłumem, jaki wypełniał je wieczorami i pod koniec tygodnia. Mężczyźni w garniturach pili kawę rozmawiając o sprawach zawodowych. Kobiety w kostiumach i na wysokich obcasach szły szybkim krokiem, trzymając przy uchu telefony komórkowe (to te, które na chwilę wyszły z pracy). Inne, najwyraźniej dysponujące dużą ilością wolnego czasu, leniwie spacerowały, oglądając na wystawach najnowsze kolekcje ubrań, przy okazji porównując z nimi swoje odbicie, wypracowane według wskazań kolorowych magazynów i na regularnych sesjach w solarium i salonie fryzjerskim. Młodzież – od kilku dni na wakacjach – hałaśliwie przechodziła w kierunku kompleksu kinowego.
Po lśniącej marmurowej posadzce powoli przesuwała się maszyna czyszcząca. Nie było deszczu, nie było błota, ani śladu jakiegokolwiek brudu. Powierzchnia przed maszyną i po jej przejściu wyglądała i błyszczała dokładnie tak samo. Anna spojrzała na kobietę pchającą aparat.
- Dzień dobry – uśmiechnęła się i skinęła głową. Kobieta odpowiedziała na pozdrowienie. Była to dozorczyni z bloku, w którym mieszkała Anna, położonego o kilkaset metrów stąd. Przestała być dozorczynią już jakiś czas temu, nie wiadomo, czy ze względu na stan zdrowia, czy na problem alkoholowy i niewywiązywanie się z obowiązków. Najwyraźniej obecna praca była na stałe, bo Anna widywała ją tu już od dawna. Nic dziwnego, z pewnością łatwiej wywiązywać się z obowiązków mając za narzędzie pracy higieniczną maszynę i zapachowe środki czystości zamiast burej, cuchnącej szmaty, którą trzeba mozolnie rozmazywać na klatce schodowej brud i roztwór lizolu. No cóż, teoretycznie i ja składam się na jej pensję, kupując w sklepach, które płacą tutaj czynsz – pomyślała. I przynajmniej coś z tego mam, bo pieniędzy, które swego czasu pożyczyłam jej „na przeżycie do końca miesiąca”, już nigdy więcej nie zobaczyłam...
Przez dużą szybę widać było pełnię czerwcowego dnia. Słońce paliło beton parkingu, pojedyncze drzewa nie dawały cienia ludziom czekającym na przystanku. Anna nie znosiła upału. Z przyjemnością siedziała teraz w klimatyzowanym wnętrzu, w narzuconym na ramiona żakiecie. Lato... Uświadomiła sobie, że w tegorocznym zagonieniu i zaprzątnięciu przeróżnymi sprawami przegapiła przesilenie letnie. Że od kilku dni wieczory – choć jeszcze długie, ciepłe i jasne – nieuchronnie kurczą się, zmierzając ku zimie. Pomyślała o wakacjach. Wyglądało na to, że w tym roku trzeba je będzie poświęcić na pracę, zbyt ważne sprawy czekały na wykończenie. Warto by jednak zorganizować dzieciom i całej rodzinie jakiś krótki oddech. Wszyscy od razu pomyśleli o wycieczce promowej, z czego Anna ucieszyła się bardzo – tęskniła za morzem. Jej mąż zapalił się do pomysłu i właśnie dzisiaj pojechał do biura podróży załatwić niezbędne formalności. Zadzwonił do niej, uradowany, że udało się dokonać dokładnie takiej rezerwacji, jakiej chcieli i że wpłacił już zaliczkę.
- Miałeś pieniądze?
- Nie, ale zapłaciłem kartą firmową. Księgowy będzie to jakoś musiał przeżyć.
Luksusowy prom, luksusowa kabina. Znów zakupy w sklepie wolnocłowym, perfumy, dobry alkohol. Zachód słońca na pokładzie widokowym. Pomarańczowa kula zatapiająca się powoli w kołysaniu granatowozielonoczarnej wody. Widok aż kiczowaty, a jednak przez to, że prawdziwy, rzucony niedbale na to bezludne pustkowie przez naturę, która za nic ma odbiorcę, gusta i tendencje w sztuce, piękny niemal do bólu. I ból budzący. Ból ukryty, podskórny. Bagatelizowany jako luksus, śmieszny i wstydliwy w obliczu tylu prawdziwych nieszczęść. Odsuwany jako niepotrzebna w dniu codziennym zawada. Przesiąknięty rezygnacją, poczuciem winy i – mimo wszystko – irracjonalną tęsknotą.
Samotność. Tego debetu nie pokryje żadna karta kredytowa, srebrna czy złota. Najzdolniejszy księgowy, choćby najbardziej kreatywny, nie wypełni tej rubryki w życiowym bilansie. Widzisz, Piotrze? – pomyślała. – Samotność jest bardzo demokratyczna. Nie ma dla niej znaczenia, czy komuś zablokowali konta czy nie...
Zobaczyła Piotra. Zbliżał się jak zawsze energicznym krokiem, jak zawsze elegancki, w garniturze. Choć wiedziała, że nie cierpi tego organizacyjnego munduru, nie miała dotąd okazji widzieć go inaczej ubranym. Szybko zwinęła leżące wciąż na jej kolanach zakupy, wepchnęła do swej przepastnej torby i podniosła się na przywitanie.
- Witaj – wymienili zwyczajowy pocałunek w policzek.
- Co pijesz? – zapytał Piotr.
- Poproszę cappuccino, jak zwykle.
Usiadła z powrotem i przez chwilę obserwowała plecy mężczyzny, który podszedł do kontuaru zamówić napoje. Przemknęło jej przez myśl, jakimże to kosztem wypije za chwilę swoją kawę. Niedzielnych lodów dla dzieci w Łazienkach? Biletu do kina z kobietą? Boże, jak silnie są jednak wdrukowane wzorce kulturowe. Kilka dni temu bez wahania zaproponowała mu pożyczkę, którą on po krótkim wahaniu przyjął. Rzeczowo umówili się na termin zwrotu, potem żartobliwie zmyła mu głowę za niepotrzebne obiekcje. W końcu od czego są przyjaciele? Ale teraz, gdy siedzieli razem w kawiarni – kobieta i mężczyzna - powiedzenie „może ja zapłacę?” nie mogło przejść jej przez gardło. Zbyt obawiała się tego, jak mogłoby zabrzmieć.
Piotr usiadł naprzeciwko Anny.
- Co nowego? – spytała.
- Nic wesołego – odpowiedział. – Ale będzie dobrze. Wszystko pod kontrolą.
Kelnerka przyniosła kawę. Anna odwzajemniła uśmiech Piotra. Uśmiech, który ogarniał usta, ale nie był w stanie przebić się do oczu.
- Pewnie, że będzie dobrze – powiedziała, zgarniając łyżeczką piankę z cappuccino. – Więc jak sytuacja? Opowiesz?
Słuchając patrzyła to na jego twarz, to na swoją filiżankę, to na ręce – swoje i jego – które właściwie bezustannie znajdowały się w ruchu. Mięły serwetkę, obracały łyżeczkę, bawiły się torebką cukru.
Kolejny konwenans – pomyślała. Nie zrobię, bo nie wypada mi zrobić, tego, na co mam teraz ochotę. Położyć dłonie na jego dłoniach. Uspokoić tym dotykiem ich rozbieganą nerwowość. Pogłaskać po policzku albo objąć ramieniem. Przekazać uściskiem współczucie i troskę. To, co tak naturalne, gdy przybiegają do mnie rozżalone dzieci, serdeczny gest, gdy płacze koleżanka, tutaj staje się czymś zupełnie innym. Spętanym niepewnością, obawą przed ośmieszeniem, przed zrobieniem jednego kroku za daleko. Powstrzymywanym przez czające się w tle widmo tradycji i właściwego zachowania.
- I co zamierzasz? – zapytała, podnosząc oczy z powrotem na twarz Piotra.

czwartek, 22 stycznia 2009

Kolory pustyni

Podeszła do fotela, w którym siedział. Z pochyloną głową patrzył na trzymany w ręku telefon komórkowy. Niespokojne palce, przed chwilą nerwowo przebiegające odebrane wiadomości, zatrzymane, jakby zabrakło im sił, by wiedzieć, co zrobić dalej. Nie musiał podnosić na nią oczu, aby za kłębiącym się w nich pośpiechem, tysiącem kolorowych, ważnych spraw, setką białych i czarnych kłamstw widziała szarość i zmęczenie... a dalej za nimi ciemne wrota kryjące to, na myśl o czym ściskało jej się serce.
Ale może to, co widziała, było tylko teatrem cieni, rodzących się i gasnących? Fatamorganą pustyni stworzoną przez spragniony umysł...?

Nieśmiało dotknęła jego ramienia. Przesunęła ręką po policzku, odgarnęła zaczynające siwieć włosy. Nie patrzył na nią. Stanęła za nim i położyła chłodne dłonie na jego czole. Trzymała tak długą chwilę, potem przesunęła ręce odrobinę niżej, na zamknięte oczy, jak dziecko bawiące się w "zgadnij, kto to?". Delikatnie i jak dziecko nieporadnie wytarła wilgoć napotkaną pod drżącymi palcami. Stała tak, aż rozległ się dzwonek jego komórki.

Gdy wyszedł, podeszła do lustra. Twarz nie mówiła nic. Uważniej przyjrzała się odbiciu swoich oczu, zastanawiając się, co znajdzie na dnie i czy w ogóle chce cokolwiek w nich znaleźć. Każde lustro, każde kolejne oczy odbiją to samo... Teatr cieni. Za nim pustynia.

Sprzątnęła filiżanki i wróciła do pokoju. Na stole został kwiat w smukłym wazoniku. Jego łodyga i liście błyszczały intensywną zielenią przechodzącą w soczyście czerwony kielich. Rozchylony prężył się, zachęcając do zanurzenia w nim nozdrzy, obiecując pieszczotę zmysłów. Dłoń, wyciągnięta, by dotknąć cieniutkich płatków, wykonała nieostrożny ruch i wazonik przewrócił się. Bez szkody dla politury stołu, gdyż nie było w nim wody. Kwiat był z papieru. Ślicznie, kusząco ukształtowany, ufarbowany, nabłyszczony lakierem. Jak żywy. Papierowe piękno. Papierowe... jak słowa kreślone z taką łatwością... Zastępczy okruch dla tych, u których nie wyrosną prawdziwe róże...

Usłyszała cichy odgłos, równie podobny do śmiechu, jak do łkania. Kolorowa kukiełka, siedząca w niezgrabnej pozie obok fotela, zdawała się patrzeć pustym wzrokiem. Ni to na gospodynię, ni to na opadłe miękko sznurki, ni to na mały ekran, daremnie jarzący się gotowością.
Wymieniły kpiąco-gorzki grymas. Kilka łez i kilka kropel krwi kapnęło na piasek, który miłosiernie pozwolił im zniknąć, niezauważonym i niepotrzebnym.

Każdy ma to, na co sobie zapracuje – powiedziała głośno w pustkę pokoju. Podniosła wazonik i wstawiła na miejsce. Kwiat zabrała do kuchni i wyrzuciła do kosza.