Życzę Wam dni pełnych spokoju i radości. Odpoczynku od codziennego żeglowania. Przycupnięcia na brzegu, na łódce, która czeka na wiosnę i dalszą podróż. Zadumy nad pięknem i dobrem. Światła na horyzoncie.
A na nowy rok... otwierania furtek, które prowadzą na pomosty :-)
Nikt nie będzie mnie opłakiwać, niczyja dusza nie wdzieje żałoby, ponieważ nie istniałem nigdy...
Co roku, gdy zbliża się Wigilia, myślę o pewnym facecie, który w 1999 na łamach pewnego periodyku muzycznego - żegnając się na zawsze ze światem - wymieniał "to, dla czego warto było żyć". Nie, na pewno nie patrzyliśmy na świat w podobny sposób, ale pokazał mi różne rzeczy, które stały się dla mnie ważne. Niektóre aż na 20 lat nieprzemijającej fascynacji. Wrośnięte we mnie i zrośnięte ze mną. I tyle mógł jeszcze pokazać... ale może właśnie nie, może nic juz mu nie zostało, doszedł do swojego fin de siècle...
Pamiętamy go, tyle osób pamięta. Może za tłumaczenia Monty Pythona i Bondów, ale przede wszystkim za muzykę i za to, że dzielił się z nami swoimi myślami i swoim życiem. Blogosfera wtedy jeszcze raczkowała, zresztą Tomek nienawidził komputerów. Swoje misteria odprawiał w studiu radiowym. Regularnie, ciemną nocą, otwierał swoje serce i duszę i sączył to, co najintymniejsze, w nasze uszy. Jak się z tym czuł? Napisał: "Za bardzo zbliżyłem się do jądra ciemności, niczym pułkownik Kurtz. Może przesadnie rozdzierałem szaty na forum swojej krypty. Może ogarnęła mnie typowa dekadencja końca stulecia. Ale niczego nie żałuję." Grał w otwarte karty. Grał mocno. I przegrał?
"This is the end, my only friend. Opada kurtyna miłosierdzia na koniec XX wieku. Ktoś kiedyś bliski powtarzał, że zawsze może być gorzej. Mój ojciec mawia od czasów niepamiętnych, że ku gorszemu idzie. Jaką nadzieję co do przyszłości ludzkości może mieć człowiek, który weźmie pod uwagę doświadczenia ostatniego miliona lat? - zastanawiał się kiedyś Kurt Vonnegut. I od razu sobie odpowiedział: Żadnej. Zatem nie pozostaje nic innego jak odwrócić się plecami do roku 2000 i niczym Panurg odejść, pierdnąwszy z wielkim wzburzeniem. Spójrzmy więc wstecz i wspomnijmy to, dla czego warto było żyć. Kruk Edgara Allana Poe. Zamek Karmazynowego Króla. 17 minuta Ech Pink Floyd. James Bond. Nights In White Satin The Moody Blues. Adagio Albinioniego. Kobieta Wąż (The Reptile) w kwietniu 1970 roku - seans w sanockim kinie San, kiedy po raz pierwszy i ostatni bałem się na horrorze. Atom Heart Mother. Andante z Tria Es-dur Schuberta. Tom and Jerry. Coca-cola i ketchup. Rzygający grubas w Sensie życia wg Monthy Pythona. Czas apokalipsy. Drugi koncert Marillion w Gdańsku, gdy Fish śpiewał Lawendy "tylko" dla mnie i Anki. Clint Eastwood i scena z rondlem w westernie Joe Kidd. O fortuna - pierwsza pieśń z Carmina Burana Carla Orffa. Twin Peaks. Wizyta w Domu Kobiety Węża (Oakley Court pod Londynem). Wzruszenie, gdy przyszło mi zapowiedzieć koncert Petera Hammilla w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy 14.10.1995. Miłość w czasach zarazy Marqueza. Lost Highway. Noc i poranek 31 maja 1998...
Wszystkie te chwile przepadną w czasie, jak łzy w deszczu. Pora umierać.”
Many a poem has drowned in or emerged from a simple fountain
Widać, że idzie zima (dobrze, że jej się nie spieszy). W fontannie, na którą lubię patrzeć z okna, spuszczono wodę. We wgłębieniu gromadzi się teraz błoto. Jednak gdy pada deszcz, mokra tafla połyskuje tak, jak kiedyś, chociaż nie ma już tej dynamiki i świeżości...
wiatr mi potargał wszystkie grzechy we włosach myśli splątane
Wiatr wieje od wczoraj. W nocy niepokoił mnie we śnie jak śmiały kochanek, rano obudził trzaśnięciem drzwiami na klatce. Dzień był słoneczny i ciepły, mimo że zbereźnik cały czas wciskał się pod ubranie.
Poszłam na spacer na secesyjne łowy i zostałam uwięziona w parku. Park bowiem zamknięto ze względu na silny wiatr właśnie, w trosce o bezpieczeństwo niedzielnych rodzinnych spacerów. Weszłam jednak przez odsuniętą, symboliczną raczej, zaporę, nie przewidziałam tylko, że pozostałych wyjść bronią już masywne bramy. W poszukiwaniu wyjścia obeszłam więc park dokoła (a spory jest), aż w końcu i tak musiałam wrócić do tego samego płotka. W parku było niesamowicie. Wprawdzie na drzewach już prawie nie ma liści, ale i tak szum, jaki wydawały, gdy zrywał się wiatr, sprawiał wrażenie, jakbym stała w środku jakiegoś ogromnego lasu, a nie ucywilizowanego skrawka zieleni w środku Europy. Nawiewało coraz więcej chmur, robiło się ciemno.
Wróciłam szybkim krokiem do domu, łapiąc we włosy krople - zapowiedź deszczu. Ledwo zdążyłam zamknąć za sobą drzwi, wiatr zaczął dobijać się do wszystkich okien, szarpać za klamki. Rozległ się grzmot i szyby zalała ściana wody. Przesiedziałam ją przy kubku gorącej herbaty z limonką, chłonąc w siebie deszcz i wichurę, czekając, aż upiecze się obiad – kurczak z pomarańczami i rozmarynem. Teraz jest już zupełnie ciemno. Deszcz ustał, na niebo wyszedł rogalik księżyca. Robię sobie jeszcze jedną herbatę i siadam do książek – będę się uczyć języka na jutrzejsze zajęcia, potem poczytam. Wieczorem jeszcze spojrzę, co w blogowym świecie. Wiatr zelżał, ale nie miałabym nic przeciwko temu, by znów odwiedził mnie dziś w nocy... Chyba napiszę mu maila :-)
Lubię takie niedziele. Lubię wiatr i deszcz, lubię, jak przewiewa mi myśli, oczyszcza uczucia. Wiem, jestem nienormalna :-).