Floydzi. Fakt, mam ostatnio fazę na Floydów. Siedziałam w youtubie i pływałam w rozmaitych oceanach, szukałam rozmaitych wysp. Wysp spokoju i siły. Ale spokój nie uspokajał, siła osłabiała.
Another brick in the wall. Małe cegiełki, nieporównywalne z ciężkimi głazami nieszczęść. Wstyd narzekać. A jednak mur rośnie, coraz wyższy i szczelniejszy. Moje ciało trawi najnowszą cegiełkę. Nie mogę jeść, nie mogę spać. Szłam dziś rano do pracy. Oddech krótki, nogi jak z waty. Przede mną facet z papierosem. Nie ma żadnego, ale to żadnego sposobu na uniknięcie tej chmury. Ani w lewo, ani w prawo, wyprzedzić też się nie da, bo idzie szybciej. Mdłości podchodzą do gardła, żołądek ściska się jeszcze bardziej. Robię unik w bramę do parku. Siadam na ławce. Kawy. Kawy z mlekiem, może to będę w stanie przełknąć. Przy okazji mózg dostanie napędu do pracy. Patrzę na kobiety spieszące się do swoich spraw. Minispódniczki, zwiewne sukienki, obcisłe spodnie, dekolty, korzystanie z wrześniowego lata, by jeszcze pokazywać opalone ciało. Odwracam wzrok, bo kiedyś i ja.... Moje ciało jest uparte. Prawie nie jem od czterech dni i ani kilograma mniej. Jak długo potrzeba było, bym uwierzyła, że to nie ma znaczenia. Jednak nie wierzyć jest bezpieczniej. Fajnie ubrana kobieta. Czarna spódnica, czarny top, na to biała koszulowa bluzka. Jakie podobne do tych, które wtedy… Fala wspomnień wzbiera tak gwałtownie, jakby staw nagle wystąpił z brzegów. Nagły znajomy dotyk, bez pytania, bez błądzenia, dobrze sobie znaną drogą wdziera się głęboko w ciało. Tu i teraz, na tej parkowej ławce. W żołądku kamień, klatka piersiowa jak w imadle. Pochylam głowę na kolana, żeby nie zwymiotować. W piachu pod moimi stopami leży zdeptany ślimak.
Potrzebuję zniknąć. Potrzeba mi dnia, nocy, na zagrzebanie się, zaciągnięcie zasłon, schowanie pod kołdrę. Na mokrą poduszkę i wycie do księżyca. Izolację od wszystkiego. Od mówienia, myślenia, czucia. Tymczasem przede mną weekend z gośćmi. Powinny być rozmowy, śmiech, rozrywki. Akurat ci goście nie mogą domyśleć się, że coś jest nie tak. Trzeba będzie jeść posiłki udając apetyt, uśmiechać się od rana do wieczora. Dam radę?
Był wiatr, była pełnia. Wiatr przeganiał chmury o różnych kształtach, z różną prędkością, wokół tej pełni. Siedziałam i patrzyłam z rozdziawioną japą :-). Po prostu: wielki spektakl na niebie
Martwię się brakiem wiadomości od kogoś, na blogu i w skrzynce. Dziecięce choroby są dziecięce u dzieci, u dorosłych już całkiem dorosłe :-(. Swego czasu sama zaraziłam się od córki i było niewesoło.. Ech.. jestem daleko i wszystko, co mogę, to czekać na wieści…
How I wish... how I wish you were here... Tak chciałabym, żebyś tu był. Jestemy po prostu dwoma zagubionymi duszami. Pływamy w kółko jak rybki w akwarium, Rok za rokiem, Wciąż po tych samych, starych ścieżkach. I co znaleźliśmy? Te same stare lęki. Chciałabym, żebyś tu był...
Marylin Monroe śpiewała, że najlepszym przyjacielem kobiety są brylanty. A samotnej kobiety na emigracji? Cóż samotna kobieta na emigracji miałaby począć z brylantami? Najlepszym przyjacielem samotnej kobiety na emigracji jest... elektryczny wkrętak :-)
Samotna kobieta na emigracji udała się dziś do Ikei. Metrem, bo samochód został w ojczyźnie. Samotna kobieta nabyła regały na książki, fotel, szafkę do łazienki oraz jeszcze inne rzeczy, których brakowało w wynajętym mieszkaniu. Następnie samotna kobieta przepchała ważący ponad 100 kg wózek do taksówek bagażowych, trzymając w duchu kciuki, żeby kierowca był w miarę komunikatywny i podatny na argumenty finansowe mające przekonać go do wniesienia ponad 100 kg towaru najpierw do windy, a potem jeszcze jedno piętro po schodach. Był. Hura! Samotna kobieta cała szczęśliwa, bo kręgosłup już nie ten, co w młodości.
Ikea też jest przyjacielem samotnych kobiet – zwłaszcza tych, które wychowały dzieci na klockach Lego, więc instrukcja składania regału to dla nich bułka z masłem. No chodź tu, wkrętaku, nieoceniony pomocniku! Bzzyt, bzzzyt – i śrubka wkręcona. Bzyyt, bzyyyyt – następna. Pół godziny i pierwszy regał stoi. Fakt, mógłby ktoś pomóc to przytrzymać, żeby było równo. Samotna kobieta nawet pytała znajomych przed wyruszeniem do Ikei, ale jest piątek. Ludzie w piątek wieczór zwykle mają ciekawsze zajęcia niż wożenie i skręcanie mebli. Trudno, tak na sto procent równo być nie musi :-).
Samotna kobieta na emigracji popatruje zadowolona na gotowy regał i popija wino podziwiając księżycowe niebo. Jeszcze dużo do skręcenia zostało, ale już późno. Sąsiedzi nie będą zachwyceni, jeżeli trzeba będzie coś dobić młotkiem. Jutro. Cały montaż zaplanowany na jutro, dziś była tylko próba, czy się uda. Udało się. Wkrętak wyczerpany, leży podpięty do gniazdka i ssie prąd. Odpocznij, przyjacielu :-).
I znowu upalny weekend. No nie lubię gorąca! Lubię lekki chłód, niebo może być nieco zachmurzone, wiatr tańczący koło twarzy, prowokujący do rozmyślań o tym, skąd przyleciał i dokąd pójdzie. Co ze sobą przynosi i co mojego zabierze w świat... Wiatr niesie tyle zapachów, tyle dotyków, tyle myśli...
Upalny posiłek. Szklana, przezroczysta miska. W niej malutkie pomidorki koktajlowe. Mozarella w malutkich kuleczkach. Listki świeżej bazylii, opłukane, osuszone i porwane palcami na drobniejsze strzępki... mmm... ten zapach... Oliwa z oliwek i sól, morska, świeżo zmielona. Nic więcej. Uczta dla wzroku, węchu i smaku.
Upalny deser. Dwie szklane, przezroczyste miseczki. W jednej dorodne, ciemnoczerwone czereśnie, wyjęte z lodówki, chłodne, z kroplami wody na lśniącej skórce. W drugiej winogrona, mix czerwonych i zielonych. Nic więcej.
Upalny napój. Szklany przezroczysty kieliszek, w nim przezroczystozłotawe schłodzone frascati. Nic więcej.