wtorek, 13 października 2009

Droga do pracy

poranną wrzawą
rzeka babel przepływa
klosz świadomości

niedziela, 11 października 2009

Sylvia

Ciasto i dwie szklanki mleka wniesione do pokoju o drzwiach uszczelnionych ręcznikami. Umieranie nie jest aż tak wielką sztuką. A piękno, którym nas uwodzi, to w gruncie rzeczy błyszcząca tafla miękkiej, czarnej wody, włóż rękę, a ukołysze cię swym spokojnym chłodem. Lecz spróbuj zanurzyć twarz, nie zamykając oczu, wtedy zobaczysz butwiejące szczątki, zgniłe wodorosty, nieodwracalnie odarte z mięsa, szczerzące się szkielety...

Przerażające? Nie bardziej niż ranne przebudzenie z ciepłego dziecięcego snu wśród obcych głosów i policyjnych mundurów przeplatających się z białymi fartuchami, które zaglądają w oczy i gardło, ściągają piżamę, zimną słuchawką przewiercają skórę do samego serca, tropiąc ślady śmiercionośnego gazu. I to drżenie, które nie chce ustać, zdaje się jednym wielkim dygotem, nie wiadomo już, czy z zimna, czy ze strachu, nikt nic nie mówi, wszyscy tylko: "cicho, dziecko", gospodyni też nie odpowiada, oczy ma zasłonięte ręką albo wbite w podłogę, no bo któż wytrzymałby ten rozszerzony strachem wzrok, te drżące usta kwilące: "mummy...?"

To właśnie jest śmierć. Czasem może kusić swym wdziękiem, kiedy nanizamy ją na sznurek pięknych słów, gładkich jak perełki, być może nawet lśniących jasnym światłem diamentu. Ale to uniesienia równie wzniosłe jak bełkot pijaka przekonanego, że oto właśnie sięgnął wyżyn retoryki. Czasem wyciąga ręce w geście obiecującym ukojenie, kiedy przypadkowo, czy może ze zmęczenia, zbroja na chwilę opadnie, a nagle pozbawione ochrony wnętrze kuli się pod kolejnym ukłuciem, choć to przecież tylko jeszcze jedna, zwyczajna, słowna potyczka. Ale to też złuda jej zwiewnej szaty pachnącej matczynym szalem. Odchyl ją, a odsłonisz pustkę, która - ciebie już utuliwszy - eksploduje cierpieniem innych.

Odejdź. Nic na świecie nie jest warte bólu w tych oczach. Bólu, którego nie ukoi opatrunek na kolanie ani ciepły pączek. Bólu, który położy się niestrząsalnym cieniem na całe życie. Żaden Ted Hughes nie jest w stanie sprawić, abym zgasiła słońce dwóm meteorom krążącym w swym maleńkim pokoju zabaw. Ustaliłyśmy to juz dawno temu.

środa, 7 października 2009

Podniebnie

Latam samolotem tak często, że nie powinny już robić na mnie wrażenia te widoki. Kłębiaste cumulusy, jak wata cukrowa, układające się w budowle, kraje, smoki... Zachody słońca rozświetlające pierzaste cirrusy feerią barw albo przeświecające różowo zza płaszcza altostratusów. Majestatyczne kowadło cumulonimbusa zwiastujące burzę gdzieś daleko... A kiedyś, raz – tęcza. Lecieć w tęczę, przez tęczę... somewhere over the rainbow... Kicz, a jednak jaki piękny :-)

Nocny start i lampion księżyca w pełni. Jakby uczepiony do wingletu, jakby wznoszący się razem z nami. Tak bliski, jakby wystarczyło przebiec lekkim krokiem po skrzydle, by postawić stopę na jego zimnosrebrnej powierzchni. Zanurzyć się w świetle, które przyciąga...

Światła miasta w dole. Tego, które żegnam i tego, które mnie wita. Po jednej stronie dwugodzinnego nieba – rozmowy, śmiech, bliscy, dotyk ciepły i realny. I rola, o której mało kto wie, że jest rolą. Po drugiej stronie – bycie sobą i samotność, ta miła sercu i ta serce szarpiąca. Bliskość z daleka, dotyk ze słów. Nie spotkają się te dwa światy, chyba że kiedyś połączy je tęcza...

piątek, 2 października 2009

noc

w sadzawce księżyc
i złoty blask latarni
kapią srebrne łzy

wtorek, 29 września 2009

A piece of magic

Po gęstej nocy i zmęczonym dniu - sąsiedzka niespodzianka :-).
Okruszek magii, kolorowy i wesoły.



Wyróżnienie od Kopacza. Dziękuję!
Uśmiecham się i przekazuję magię dalej do:

Lechovskiego; Ćmy; Zeruyi; Kota Maurycego, Emmy

Niech magia będzie z nami :-)