Latam samolotem tak często, że nie powinny już robić na mnie wrażenia te widoki. Kłębiaste cumulusy, jak wata cukrowa, układające się w budowle, kraje, smoki... Zachody słońca rozświetlające pierzaste cirrusy feerią barw albo przeświecające różowo zza płaszcza altostratusów. Majestatyczne kowadło cumulonimbusa zwiastujące burzę gdzieś daleko... A kiedyś, raz – tęcza. Lecieć w tęczę, przez tęczę... somewhere over the rainbow... Kicz, a jednak jaki piękny :-)
Nocny start i lampion księżyca w pełni. Jakby uczepiony do wingletu, jakby wznoszący się razem z nami. Tak bliski, jakby wystarczyło przebiec lekkim krokiem po skrzydle, by postawić stopę na jego zimnosrebrnej powierzchni. Zanurzyć się w świetle, które przyciąga...
Światła miasta w dole. Tego, które żegnam i tego, które mnie wita. Po jednej stronie dwugodzinnego nieba – rozmowy, śmiech, bliscy, dotyk ciepły i realny. I rola, o której mało kto wie, że jest rolą. Po drugiej stronie – bycie sobą i samotność, ta miła sercu i ta serce szarpiąca. Bliskość z daleka, dotyk ze słów. Nie spotkają się te dwa światy, chyba że kiedyś połączy je tęcza...
Nowe
1 dzień temu
